Tories warned James Cleverly that he must get a grip on the Channel boats crisis today amid fears a promised new treaty with Rwanda is being delayed.. A series of MPs challenged the Home Secretary Funko Pop Pre-Orders For November 22nd: Trigun – Vash w/ Kuroneko – Crunchyroll exclusive. Marvel Hulk, Miles, Loki, Matt Holiday Funko Pops – Hot Topic exclusive. A big wave of new Naruto Zagadka: Co to za utwór? To oczywiście sam fragment instrumentalny (koncert w zeszły czwartek w klubie Applause w Kielcach) Keionte Scott was the return man for Auburn throughout the game, and that was who Freeze expected to be out on the field on the punt. Freeze said that Scott “must have taken himself out Read Rozdział 18 from the story Song For Him [18+] by Sgepoh with 16,439 reads. miłość, muzyka, love. Chyba powinnam zainwestować w kalendarz jak myślicie XD Tłumaczenia w kontekście hasła "facet nam" z polskiego na angielski od Reverso Context: Ten facet nam pomógł, załatwiając 100000 bahtów na nasz projekt. Tb7cs. – Wydatki w Legii na wynagrodzenia stanowią 90 procent przychodów? To chore. Normalnie funkcjonujący klub powinien mieć 50-55 procent – uważa Jacek Bednarz – Mówiliśmy o strategii w klubach. Mnóstwo o niej słyszę, każdy stara się ją mieć. A to najczęściej propaganda – dodaje – Pytanie jest takie, czy Vuković nie zrobił sobie krzywdy. Jego ta praca niesamowicie dużo kosztuje, wszyscy go krytykują. Według mnie źle zaczął od tej wypowiedzi w mediach – twierdzi Bednarz ŁUKASZ OLKOWICZ: Załóżmy, że jestem milionerem. Mam 200 milionów złotych i zastanawiam się, czy zainwestować w polski klub. Namawiałby mnie pan? JACEK BEDNARZ: Zapytałbym, czy pan traktuje te 200 milionów jako inwestycję. Co one mają panu dać jako właścicielowi? Na początku to miałbym dużo wątpliwości. Bo polska piłka klubowa kojarzy się z drużynami, które w lipcu żegnają się z pucharami, pustymi stadionami i niskim poziomem. JACEK BEDNARZ: Czekałaby nas szczera rozmowa. Najpierw o pana oczekiwaniach. Jeśli odpowiedź byłaby precyzyjna, wtedy mógłbym odpowiedzieć twierdząco lub odradzić. Gdy ktoś inwestuje wyłącznie z emocjonalnych powodów, to prędzej czy później będzie rozczarowany. Ale może też w krótkim czasie przebić się do świadomości kibiców. JACEK BEDNARZ: Przez chwilę zrobi się o nim głośno, będzie popularny. Bez celu, nazwijmy go sportowo-biznesowym, to za mało. Co najlepiej, żeby kierowało inwestorem, który chce przejąć klub? JACEK BEDNARZ: Chęć ulepszania go, by działał jak dobry mechanizm. To bardzo dobra ambicja. Wtedy doradzę: „Jest kilka możliwości, można ten biznes poprowadzić w sposób a, b, c albo d. W zależności od tego, co jest dla pana priorytetem?”. Zdominować polską ligę, w Europie nie zatrzymywać się na eliminacjach, tylko grać w fazach grupowych. JACEK BEDNARZ: Z mniejszym budżetem, abstrahując od okoliczności i rywali po drodze, Legia awansowała do Ligi Mistrzów. Ale same pieniądze nie zagwarantują sukcesu. Wracamy do odpowiedzi na pierwsze pytanie. Bardzo często sami właściciele nie potrafią zdefiniować oczekiwań. Zadajesz im pytania, które pozostają bez odpowiedzi. Po co panu ten klub? Czy jest jakiś biznesowy powód, dla którego stał się pan jego właścicielem? Czy chodzi o emocje, ambicje? Ważniejszy jest sport czy biznes? Pracowałem w klubie, gdy właściciel nie miał żadnej wizji. Rozmowa o niej była bardzo trudna. Myślał z dnia na dzień? JACEK BEDNARZ: Miał jedno marzenie. Związane z Ligą Mistrzów? JACEK BEDNARZ: Tak. Chyba wiem, o kogo chodzi. JACEK BEDNARZ: Głównie słyszało się komunały. Zanim pan podjąłby decyzję, zapytałbym, w jakim czasie chce pan awansować do fazy grupowej i który klub miałby być beneficjentem. W zależności od tego, co by pan odpowiedział, szukalibyśmy rozwiązania. Droga do sukcesu przy dużym brandzie jest krótsza. Czyli już na starcie Legia ma przewagę nad Wisłą Płock. JACEK BEDNARZ: Teoretycznie łatwiej dostać się do Ligi Mistrzów klubowi, który w naszych warunkach ma wysoki budżet, niezły skład, niezłego trenera i solidne struktury niż komuś, kto dopiero awansował do ekstraklasy, jak ŁKS czy Raków. Na razie oba kluby mierzą się z problemami związanymi ze stadionami. Ligi Mistrzów nie można sobie kupić, nie zagwarantuje tego z automatu 200 milionów złotych. Natomiast przy dobrze zainwestowanych pieniądzach można stworzyć coś, co te marzenia urealni. Legia trzy lata temu grała w Lidze Mistrzów, a dziś nic z tego nie zostało. JACEK BEDNARZ: Przy konstruowaniu budżetu Legia przekroczyła próg, który kiedyś wydawał się mrzonką, czyli 100 milionów złotych. W maksymalnym momencie zbliżyła się do 200 milionów. Wydawało się, że to dystans, którego innym w Polsce nie uda się zniwelować. Ale nie odskoczyła od reszty. JACEK BEDNARZ: Pamiętam, jak pracowałem w Wiśle, a Legia ograła Celtic. To było jeszcze przed aferą kartkową i wydawało się, że awansuje. Część osób w Krakowie nie kibicowała Legii, obawiali się: „Boże, jak oni dostaną się do Ligi Mistrzów, to ich nigdy nie dogonimy”. I co? Ostatniej wiosny Wisła wygrała z Legią 4:0, a dziś gra obu zespołów niewiele się różni. Według raportu Deloitte wydatki w Legii na wynagrodzenia stanowią 90 procent przychodów. To normalne? JACEK BEDNARZ: Nie, to chore. Normalnie funkcjonujący klub powinien mieć 50-55 procent. To bezpieczna struktura. Zdarza się nawet, że spada do 40-45 procent, gdy klub buduje stadion czy bazę treningową. Przekraczanie 70 procent to w naszych warunkach loteria. Jeżeli nie osiągniesz wyników, to masz duży minus z przodu i pakujesz się w tarapaty. Nie ma żadnych szans na inwestycje, korygowanie. Przy 90 procentach wydanego budżetu skąd weźmiesz pieniądze? Kredytujesz się. Albo wyprzedaż. JACEK BEDNARZ: Tak, tylko z drużyny w kłopotach nie sprzedajesz dobrze. Robisz wszystko, żeby zniknęły zobowiązania. W obecnych warunkach nasze kluby są w stanie wygenerować budżety do 50 milionów złotych. Poza dwoma-trzema, które mogą je radykalnie zwiększyć. To ma też związek z położeniem. Legia jako klub ze stolicy ma łatwiej z dużym potencjałem biznesowym. Do tego mogą dochodzić przychody z UEFA za grę w pucharach. Wracamy do naszego klubu. Transakcja się udała, został przejęty. Na jakich filarach powinien stać, żeby był zdrowo zarządzany? JACEK BEDNARZ: Stabilne finanse, nowoczesny stadion, baza treningowa i szkolenie. Cztery fundamenty na wysokim poziomie stwarzają szansę, że klub będzie właściwie wydawał pieniądze i przy dobrym szkoleniu regularnie notował przychody. Wspomniał pan o bazie treningowej. Czekamy na otwarcie ośrodków treningowych Legii, Cracovii czy Pogoni, bo kluby z własną bazą to w ekstraklasie wciąż mniejszość. To pokazuje, w jakim miejscu jesteśmy. JACEK BEDNARZ: Jagiellonia jak na ekstraklasowe warunki jest stabilnym i silnym klubem, a też długo miała kłopot z bazą. Najpierw ze znalezieniem lokalizacji, a później budową. Wcześniej przez wiele lat silnik ciągnął samochód do przodu, a z tyłu jakby ktoś wrzucił kotwicę i go przytrzymywał. Dlatego dziś Jagiellonia to trochę legia cudzoziemska, zresztą jak ta z Warszawy. Pocieszające, że większość klubów ma nowoczesne stadiony. Nawet jeśli na dwóch z nich są niekompletne trybuny. JACEK BEDNARZ: Na początku wieku wydawało się marzeniem, że będę pracował w branży, która doczeka się tak pięknych stadionów. Myślałem, że to będzie dotyczyć tylko silnych klubów ekstraklasy, które przy zmianach regulaminowych zostaną zmuszone do ich budowy. Okazuje się, że potencjał w kraju się zmienił i przy wsparciu pieniędzy publicznych powstało dużo stadionów, a na niektórych nie ma nawet I ligi, jak w Lublinie. W końcówce drugiej dekady XXI wieku ekstraklasowy klub powinien mieć nowoczesny stadion. Jeżeli chcemy, aby polska piłka się rozwijała i goniła tych daleko przed nami, to drugim krokiem jest budowa baz treningowych. Po to, żeby zawodnicy ćwiczyli w podobnych warunkach do tych, w jakich grają. Dotyczy to nie tylko pierwszych drużyn, ale i tych z akademii. Wtedy można szkolić na poziomie zapewniającym dopływ piłkarzy do pierwszej drużyny. To dużo bardziej ekonomiczne rozwiązanie, można takiego zawodnika przygotować i zachować kontrolę nad tym, kto trafia do zespołu. Do tego potrzeba czegoś, co jest bezcenne, a w każdym razie bardzo drogie. Czyli? JACEK BEDNARZ: Czasu. W szkoleniu szczególnie. JACEK BEDNARZ: Wiele klubów jest jeszcze niedopasowanych. Mają nowoczesny stadion, spory budżet jak na polskie realia, ale nie są w stanie przeskoczyć kwestii infrastrukturalnych. Nie wzmacnia się przez to tej silnej nogi w klubie, którą jest szkolenie, selekcja i profilowanie zawodników pod pierwszy zespół. Wie pan, czego chciałbym uniknąć w tym naszym wspólnie zarządzanym klubie? Żebyśmy nie zależeli od jednego dwumeczu w europejskich pucharach. Że jeśli nie uda się awansować do fazy grupowej w tym sezonie, to klub nadal będzie stał stabilnie. JACEK BEDNARZ: Decyzje od właściciela do trenera pierwszej drużyny muszą być na dobrym poziomie. Wtedy wyniki powodują, że budżet jest ciągle wysoki. Dokładając do tego dobre szkolenie, jak w Lechu, można regularnie notować przychody. Można pogodzić wprowadzanie młodzieży z wygrywaniem? JACEK BEDNARZ: Można. Lechowi rzadko się udaje. JACEK BEDNARZ: Mają za sobą bardzo nieudany sezon, rozczarowujące wyniki i niewłaściwie wydane pieniądze. Wydawało się, że zatrudnienie Adama Nawałki przeniesie ich w lepszy wymiar, ale czasem takie projekty się nie udają. Z tym trzeba się pogodzić. Natomiast decyzje podjęte w Poznaniu po sezonie nieźle wróżą Lechowi i dobrze o nim świadczą. Nie jest klubem, który trzęsie się w posadach i coś tam się zawaliło. To przykład tego, że można stworzyć w naszych warunkach przedsiębiorstwo, które przygotuje się na gorszy czas, bo piłka to sinusoida. Nie da się być cały czas na górze. JACEK BEDNARZ: Patrząc na Europę można, ale to arcytrudne i wymaga bardzo wysokich kompetencji, umiejętności i właściwych decyzji na wszystkich poziomach. Jak kierujesz Barceloną, to ona jest pierwsza albo druga. Oczywiście z miesiąca na miesiąc to się waha, ale na koniec sezonu zajmuje takie miejsca. U nas jej odpowiednikiem jest Legia. W ostatnich piętnastu sezonach tylko raz była poza podium. JACEK BEDNARZ: Pytanie, jak to oceniać z punktu widzenia tego, ile ma się w portfelu. Ile się wydało i co z tego faktycznie wynika. Wrócę do Lecha. Tam nikt nie robił nerwowych ruchów po ostatnim sezonie poza tym, że zmieniono sztab w pierwszej drużynie. Na razie Lech sprawia wrażenie zespołu z przyszłością. Z kolejnym wychowankiem na sprzedaż, Robertem Gumnym. JACEK BEDNARZ: Jego odejście będzie potwierdzeniem pomysłu władz Lecha na prowadzenie biznesu. Pojawia się oferta, a my się tego nie boimy i możemy go wytransferować za dobre pieniądze. Bo w kolejce do gry czekają następni. Po sprzedaży Kędziory słyszałem głosy, że nie znajdą zastępstwa. Gra Gumny. Albo co to będzie, jak odejdzie Kownacki. Udało się ich zastąpić. Wrócę do poprzedniej myśli. Lech wygrywa trofeum od wielkiego święta. JACEK BEDNARZ: To zależy, co to znaczy. Cofnijmy się do pana pierwszego pytania i określenia celów właściciela. Jeżeli jest nim przychód z sukcesu sportowego, to znaczy, że muszę wygrać ligę, grać w pucharach. Wtedy pieniądze do mnie przyjdą. Tylko to arcytrudne do zrobienia. Ostatnie lata w ekstraklasie pokazują, jak bywa nieprzewidywalna. I nawet ktoś, kto ma relatywnie silną drużynę, a przynajmniej w teorii, nie wygrywa jej w cuglach. Po awansie do pucharów budżet nie jest jego siłą, tylko słabością, bo w decydujących rundach rywale są zazwyczaj bogatsi. A model Ajaksu? JACEK BEDNARZ: W porównaniu do naszych klubów jest bardzo bogaty i z dużym potencjałem. Ajax jest kimś takim w Europie, czym – oczywiście w odpowiednich proporcjach – może być klub w polskich warunkach, czyli robimy transfery, szukamy, ale naszą bardzo silną nogą jest akademia. Jesteśmy w stanie dobrze wytransferować wychowanków i robimy to regularnie. Przy odrobinie szczęścia Ajax mógł wygrać Ligę Mistrzów. Wyeliminował Real, odpadł z Tottenhamem, choć w dwumeczu był lepszy. Są takie momenty w piłce, gdy ci skazani na sukces mają swoje problemy. To okazja dla mniejszych klubów. Jeśli robisz postępy, w twoim pomyśle nie ma słabości, to ten teoretycznie nieosiągalny cel jest w zasięgu ręki. W ten sposób można zdefiniować wyniki Piasta. Którego przez siedem miesięcy był pan dyrektorem sportowym. JACEK BEDNARZ: W Gliwicach nikt nie zakładał mistrzostwa. Planowano ulepszać drużynę i doprowadzić do sytuacji, w której będzie gotowa na coś więcej niż walka o utrzymanie. Stworzyła się jednak koniunktura, że Piast ze wszystkich zespołów miał najwięcej atutów. W rundzie finałowej zdobył 19 na 21 punktów. JACEK BEDNARZ: Wykorzystał słabość konkurencji. Piłkarze mieli silne morale, mnóstwo entuzjazmu, pewność tego, że grają dobrze i są przygotowani fizycznie. Dziś patrzymy na Piasta, a skład z zeszłego sezonu kruszy się na naszych oczach. To dlatego, że klub nie wykształcił dostatecznie czterech filarów, o których mówiliśmy? JACEK BEDNARZ: Piast dopiero buduje struktury młodzieżowe, do tego nie ma infrastruktury. To trzeba zmienić i wiem, że takie plany są. To było nieuniknione, co dzieje się z Piastem po takim sukcesie? JACEK BEDNARZ: Nie mogę tak powiedzieć, choć... zakładałem, że coś takiego może się stać. Bardzo dużo mówimy o potrzebie przygotowania się na porażkę i jej konsekwencje. Towarzyszy temu strach, że nie podołamy. Boimy się klęski, ona nas przeraża, staramy się jej uniknąć, gdyż skutki mogą być bolesne. Po tym, jak Piast w ostatniej kolejce zapewnił sobie utrzymanie, w następnym sezonie wygrał ligę. JACEK BEDNARZ: Sukces nie wynikał z planu i klub nie był w całości przygotowany. Przed Piastem pojawiała się okazja na zdobycie mistrzostwa i z niej skorzystał. To naturalne. Sam pamiętam siebie jako piłkarza, gdy w 1995 roku pojawiła się szansa w Legii na moje pierwsze mistrzostwo Polski. Nie zastanawiałem się, co będzie jutro, a jedyne, czego pragnąłem, to tytuł. Natomiast zarządzający klubem musi myśleć, co z tego wyniknie i jak się przygotować. W Gliwicach trzeba było założyć zaraz po zakończeniu sezonu, że na część piłkarzy będą napierały informacje o zainteresowaniu z wielu kierunków. Bo zaskoczyli wszystkich. Co wtedy zrobić? JACEK BEDNARZ: Puchary wydawały się realne wcześniej niż w maju i już wtedy warto zabezpieczyć się na wypadek odejścia najlepszych piłkarzy. Sprowadzić takich, dzięki którym drużyna nie będzie słabsza. A najlepiej, gdyby była mocniejsza. Bo nadchodzące wyzwania są dużo trudniejsze niż w zeszłym sezonie. Mieć plan B. JACEK BEDNARZ: Mam wrażenie, że w Gliwicach nie było nawet planu A. To, co później się stało jest robieniem czegoś po zaobserwowaniu objawów. Wtedy, gdy było już za późno. Ostatecznie do rywalizacji o puchary przystąpił zespół słabszy niż ten, który wygrał ligę. Dlaczego mamy zakładać, że wyniki będą lepsze? Patrzymy na Piast, jak na mistrzów Polski, oczekujemy czegoś więcej niż w poprzednim sezonie i jesteśmy rozczarowani. No i słusznie. Może poza dwumeczem z BATE, który optycznie wyglądał dobrze. Do 80. minuty rewanżu. JACEK BEDNARZ: Tych bramek dla Piasta powinno być zdecydowanie więcej. Ale to, że one nie padły, wynikało też z tego, że nie było kogo wpuścić z ławki. Ci, którzy biegali po boisku, nie potrafili strzelić więcej goli. Później wyszła kompletna klapa z Rygą. Ktoś w klubie zgodził się, żeby w rewanżu nie zagrał Joel Valencia. Zdziwiło to pana, że dzień przed meczem odchodzi najlepszy piłkarz? Jakby nie można było poczekać dwóch dni. JACEK BEDNARZ: Mnie to przede wszystkim zdziwiło, że oni odpadli. Po tym, jak grali z BATE czy z Lechem u siebie, ten pierwszy mecz z Rygą wyglądał szokująco. Przez 45 minut goście nie potrafili zrobić skutecznej akcji, a prowadzili. To już dziwiło. Potem samobójczy gol przy 3:1. Rewanż się ułożył, trzeba było drugą bramką zamknąć mecz. Z tym jednak Piast ma duży kłopot i to wraca. Dlatego, że wcześniej nie wzięło się czegoś pod uwagę. Ewidentnie Parzyszek nie zaczął dobrze sezonu, nie może się przełamać. Potrzeba kogoś, kto wyszedłby w pierwszym składzie, a Piotrek mógłby z ławki. Może wtedy, gdyby nie ciążyły na nim oczekiwania, byłby skuteczniejszy. Sprzedaż Joela Valen-cii (z prawej) przed rewanżem z FC Riga jest według Jacka Bednarza dowodem braku długofalowej strategii. Sprowadzono Dani Aquino. JACEK BEDNARZ: Na razie przez kontuzje do niczego się nie nadaje. Być może w Piaście założono, że zagramy eliminacje tymi, których mamy i zobaczymy, co z tego będzie. Nikt z klubu nie musi tego głośno mówić. Nastawiają się wtedy na sprzedaż jednego-dwóch zawodników. Zarobią i budżet z dwudziestu kilku milionów skoczy do 40 milionów, z czego przychodowy plus 10. Tak też można prowadzić klub. Drużynę traktuje się jak okno wystawowe, a pieniądze, które klub mógłby zarobić w Lidze Europy, odrobią w części transferów. To kwestia priorytetów właściciela klubu i jego zarządców. W ilu polskich klubach widzi pan strategię? JACEK BEDNARZ: Od dłuższego czasu dobry i rozsądny pomysł jest w Poznaniu. A przynajmniej w tej jednej z czterech nóg, czyli akademii. Pod tym względem dobrze to wygląda w Lubinie – fantastyczna baza, silne i nowoczesne struktury, dobrze prowadzone szkolenie. Z tych dwóch akademii wychodzi wielu zawodników. Nieźle to wygląda w Warszawie, choć wiele osób ma zastrzeżenia. A pan? JACEK BEDNARZ: Też. Szkolenie w Legii to trochę świątynia bez boga. Dużo kosztuje, a na końcu łańcucha nie widać najważniejszego, czyli poza jednostkami efektów dla pierwszej drużyny. Sebastian Szymański, Radosław Majecki. JACEK BEDNARZ: Do tego Mateusz Wieteska. To wciąż mało przy nakładach ponoszonych przez Legię. W akademii Lecha dużo więcej transferów przeprowadzono logicznym ciągiem – znalazłem piłkarza, wyselekcjonowałem, wyszkoliłem, wprowadziłem do pierwszej drużyny i sprzedałem. Kibice też wolą oglądać wychowanków. JACEK BEDNARZ: To ważne, bo jako kibic mogę się z nim identyfikować. W Legii jest ciągła rotacja, zmieniające się nazwiska. Pojawiło się kilku zawodników, którzy przelecieli jak meteory i nikt ich nie zapamiętał. A Kucharczyka będę pamiętał do końca życia, podobnie jak Jędrzejczyka czy Malarza. Mówiliśmy o strategii w klubach. Mnóstwo o niej słyszę, każdy stara się ją mieć. A jak jest naprawdę? JACEK BEDNARZ: To najczęściej propaganda. Dla kibiców? JACEK BEDNARZ: W ogóle dla opinii publicznej. Najłatwiej to zaobserwować, gdy psują się wyniki pierwszego zespołu. Wtedy zaczyna się rewolucja w klubie, zmienia się filozofia. To powtarza się u każdego. Jeżeli to zmienilibyśmy w piłce klubowej, to następna dekada mogłaby być o wiele ciekawsza. Duże mamy rezerwy w zarządzaniu klubami? JACEK BEDNARZ: Bardzo duże. Jak to zmienić? JACEK BEDNARZ: Przede wszystkim szkolić ludzi, którzy mają nimi zarządzać. Kto ma to robić? JACEK BEDNARZ: Dobre pytanie. Na poziomie zarządu wystarczy zatrudnić dobrego menedżera, którego wyedukował odpowiedni uniwersytet. On nie musi się znać na piłce. JACEK BEDNARZ: Za to powinien być ekspertem potrafiącym ocenić kompetencje ludzi, od których zależy wynik sportowy. Dobry menedżer musi umieć przeprowadzić rozmowę kwalifikacyjną. To podobnie, gdy zarządza firmą farmaceutyczną czy kopalnią. Najczęściej zarabia dużo, i słusznie, bo przygotowuje ludzi i wybiera tych najlepszych. Jeśli tego nie umie, to sprowadza do klubu ludzi słabych, a oni podejmują dużo gorsze decyzje. Efekt ich pracy jest zły i to menedżer za to odpowiada przez błąd w wyborze. On nie musi wiedzieć, czy piłkarz zrobi przysiad, czy powinien zagrać prawą czy lewą nogą. Ma od tego dyrektora sportowego, ale w Polsce jego rola jest przeważnie marginalizowana. Inaczej niż w Niemczech, gdzie pełni bardzo ważną rolę. Dyrektor sportowy powinien być strażnikiem filozofii klubu, oczywiście pod warunkiem, że ona rzeczywiście istnieje? JACEK BEDNARZ: Często dyrektorzy sportowi są i trenerami, co generalnie przydaje się na tym stanowisku, ale jest też ryzykowne. Dwóch trenerów blisko siebie to za dużo? JACEK BEDNARZ: Zdarza się, że dyrektorzy chcą być nadtrenerami. To koszmarny błąd. Jeśli ktoś podejmuje się pracy w tej roli i chce być nadtrenerem, to wprost prowadzi do konfliktu z trenerem. Znałem trenerów i dyrektorów sportowych, którzy żyli jak pies z kotem. JACEK BEDNARZ: Postępowanie dyrektora sportowego nie może zabierać autorytetu trenerowi. Z punktu widzenia przedsiębiorstwa, jakim jest klub piłkarski, szczególnie profesjonalny, trener pierwszego zespołu jest kimś kluczowym i najważniejszym. Od wyniku jego drużyny zależy dobre samopoczucie wszystkich osób związanych z klubem – zawodników, pracowników akademii, prezesa, dyrektora, kibiców. Musimy więc spowodować, żeby miał autorytet u wszystkich. Oczywiście w momencie zwolnienia go traci, ale do ostatniego dnia w klubie powinien go mieć. To jest też rola dyrektora, żeby tego pilnował. A jak jest w rzeczywistości? JACEK BEDNARZ: Często obserwuję rywalizację, która normalnie powinna być prowadzona na zewnątrz klubu, czyli z oponentem, który przyjeżdża na mecz. Ale największa walka toczy się wewnątrz, co nie prowadzi do niczego dobrego. Traci się niepotrzebną energię. JACEK BEDNARZ: Klub się nie rozwija, bo ludzie w kluczowych kwestiach nie potrafią się dogadać. To wynika z przygotowania dyrektora, ale też trenera. Musi rozmawiać, odpowiadać na pytania. Trzeba go do tego przygotować i nauczyć, żeby nie widział zagrożenia dla siebie, tylko traktował jako coś normalnego. Żeby umiał współpracować, słuchać i pogodził się z tym, że klub i jego organy – zarząd czy dyrektor – muszą wiedzieć o drużynie wszystko. Z kolei dyrektor sportowy i prezes powinni sobie zdawać sprawę, jak energetycznie wyczerpująca jest praca trenera na każdym poziomie, a szczególnie na tym najwyższym. Jakbyśmy wielkiego parasola ochronnego nie rozłożyli nad nim i drużyną, to odczuje presję wyniku. A co, gdy trzeba się rozstać? JACEK BEDNARZ: Robimy to wtedy, gdy energia się wyczerpuje. Ale to nie oznacza końca świata dla nikogo. Wystarczy kilka miesięcy odpocząć, zmienić otoczenie, a akumulator znów się ładuje i można pracować z sukcesami. Ważna jest umiejętność radzenia sobie z kryzysami i zrozumienie, że są czymś naturalnym. Sport tworzą takie kryzysowe sytuacje. Foto: Tomasz Markowski / Jacek Bednarz zna polską piłkę klubową jak mało kto – był dyrektorem sportowym w trzech klubach ekstraklasy i prezesem w jednym z nich. Ludzi poznaje się wtedy, kiedy nie idzie. JACEK BEDNARZ: W Polsce jest z tym kłopot. Jeżeli byłeś wybitnym piłkarzem, a zaczynasz być szefem trenera jako dyrektor, to pamiętasz, że pewne rzeczy przychodziły ci łatwiej. Piłkarzom czy trenerowi może iść trudniej. Trzeba oczywiście wymagać, ale jeśli nie potrafisz tego oddzielić, no to tworzą się trudne relacje. Dlatego uważam, że przygotowanie zawodowe do tej roli jest newralgiczne. Jak się do tego przygotować? W polskiej piłce nie widać takich możliwości. JACEK BEDNARZ: W ramach Ekstraklasy chcieliśmy coś takiego zaproponować. Zrobiliśmy wspólnie z Double Pass (belgijska firma oceniająca zarządzanie klubem – przyp. red.) szkolenie dla dyrektorów sportowych. To nie było nic szczególnego, kurs menedżerski, na którym pokazano podstawowe procedury. Jakie? JACEK BEDNARZ: Jak powinna wyglądać struktura przygotowania strategii klubu, od czego zacząć jej realizację, jak dokonywać analiz pozwalających podejmować właściwe decyzje, jak ułożyć relacje wewnątrz klubu, jak powinna wyglądać budowa pionu sportowego z punktu widzenia korporacyjnego. Przydatne informacje. Kto najczęściej zostaje dyrektorem sportowym? Byli piłkarze. JACEK BEDNARZ: Nie wszyscy są merytorycznie przygotowani do tej pracy, bo to jednak robota biurowa, a nie na boisku. W którymś momencie ich decyzje nie będą w stanie wykroczyć poza ograniczony horyzont – najbliższy trening albo najbliższy mecz. To, co zaproponowaliśmy w Ekstraklasie miało być dopiero początkiem. Poszedłem z tym pomysłem do PZPN, ale on tego nie chwycił. W ramach kształcenia trenerów chcieliśmy zrobić kurs dla dyrektorów sportowych, gdzie przygotowywalibyśmy tych ludzi do innej roli. Nie było zainteresowania, może w przyszłości. W porządku, ale czy same kluby doceniają wagę stanowiska dyrektora sportowego? JACEK BEDNARZ: Załóżmy, że jestem prezesem zarządu i dobrym menedżerem. Mam w klubie trenera i byłego wybitnego piłkarza, który został dyrektorem sportowym. Czuję, że na poziomie boiska wie o piłce wszystko, ale na poziomie zarządczym czegoś mu brakuje. Bazowanie tylko na tym, że ktoś w przeszłości grał świetnie w piłkę, to za mało. Wtedy mówię: „Słuchaj, chcę, żebyś skończył kurs. Zapłacę za to”. To jest teraz możliwe w ramach studiów podyplomowych albo zaocznych. I wraca pytanie, jak dba się o rozwój dyrektorów sportowych. Trenerzy kończą specjalistyczne kursy, jeżdżą na staże, a oni? JACEK BEDNARZ: Jest wybitny reprezentant kraju, doskonały piłkarz w naszych warunkach, który pracuje jako dyrektor. Z mailem sobie poradzi? Tak. Z napisaniem wiadomości na komórce? Tak. Jeśli grał za granicą, to pewnie poznał jeden lub drugi język. Jeśli nie, to niekoniecznie, a to już jakiś deficyt. Co innego jest jednak kluczowe. Co? JACEK BEDNARZ: Co zrobi, gdy zostanie sam w gabinecie i dostanie zadanie: „Przygotuj strategię klubu i pokaż mi operacyjnie, jak będziemy ją wdrażać”. Tu może być problem, jeśli nie był do tego przygotowany. Na pozór to lekceważymy, bo na piłce zna się każdy. A później ktoś przegrywa i zderza się z krytyką. Ona nie jest zła, pod warunkiem, że coś wnosi, kryje w sobie merytorykę. Po latach przekonałem się, że dobrze jest słuchać tych, którzy mają coś innego do powiedzenia. Żeby nie otaczać się potakiewiczami? JACEK BEDNARZ: Klakier jest najgorszy. Wielu ich lubi. JACEK BEDNARZ: Bo wtedy środowisko jest miłe, łatwe i przyjemne. Ale w tej pracy nie chodzi o to, żeby się dobrze czuć, bo bez przerwy nas chwalą. Wielką satysfakcję może dać – sam byłem tego beneficjentem – bardzo dobry okres drużyny. Gdy w niezwykle trudnej sytuacji człowiek jest w stanie wspólnie coś wymyślić, próbuje to wdrożyć i przychodzą efekty. Drużyna zamiast spaść, utrzymuje się, a w dłuższej perspektywie zostaje mistrzem kraju. Jak Piast. JACEK BEDNARZ: Coś takiego nie odbywa się przy poklepywaniu po ramieniu. To ból, krew, pot i łzy. Ciągła krytyka, bo nie wygrywasz, bo jest trudno. Perspektywa spadku zagląda w oczy, staje się coraz bardziej realna. A do podjęcia jest mnóstwo trudnych decyzji. O wiele łatwiej to zrobić, jeśli jesteś na to przygotowany i nie działasz pod wpływem impulsu. Jak pan szykował się do roli dyrektora sportowego? JACEK BEDNARZ: Zawsze chciałem posiadać wykształcenie i to osiągnąłem. Nie planowałem, że będę zawodowym sportowcem, tak samo jak nie zakładałem, że zostanę działaczem. Choć nie wiem, czy to dobre określenie. Działacz u nas się źle kojarzy. JACEK BEDNARZ: Z kimś, kto wozi pieniądze w oponach. Może znajdziemy nowocześniejsze określenie. Menedżer sportu? Mam za sobą pracę w kilku klubach, w których zajmowałem się podobnymi rzeczami i dziś uważam, że robiłem to dobrze. A błędy? JACEK BEDNARZ: Też popełniałem, nie wstydzę się tego. Moją bazą było wykształcenie, do dziś uczy mnie pokory. Z jednej strony coś o piłce wiem, co mnie cieszy, ale mam też szerszy horyzont myślowy i dostrzegam własne braki. Miejsca, w których mogę działać na ślepo. I tam potrzebuję fachowców do współpracy, żeby zbudować zespół, który podniesie poziom merytoryki. Zrozumienie tego jest bardzo istotne dla każdego prezesa czy dyrektora sportowego. Istnieje w Polsce skauting trenerów? JACEK BEDNARZ: Jeśli chodzi o osoby potrafiące ocenić warsztat trenera, jego wiedzę, umiejętności, to coś takiego istnieje, choć nie jest sformalizowane. To cenna wiedza pod warunkiem, że ktoś chce ją zdobyć. Bardzo często zdarzają się karuzele zmian trenerskich, w których nie ma logiki. Wynikają ze złych wyników, presji z zewnątrz, że jest źle i trzeba coś zrobić. Nie analizuje się dogłębnie sytuacji i na tej podstawie podejmuje racjonalną decyzję. Zmieniamy trenera, bo są powody a, b i c. Przeważnie liczy się na efekt nowej miotły. JACEK BEDNARZ: Zmiany są po to, że przyjdzie ktoś nowy i na chwilę zapewni spokój. Mam doświadczenie z klubów i uważam, że trenerów trzeba dobrze poznać. Nie tylko towarzysko przy kieliszku, ale pójść raz na jakiś czas na trening, porozmawiać z nimi, co robią, dlaczego. Żeby rozumieć i później w meczu ocenić, jak realizują to piłkarze. To wymaga czasu, własnego zaangażowania i analizy. Napiszemy maila do dyrektora: „Proszę do poniedziałku o plany wszystkich grup młodzieżowych na najbliższą rundę”. Trenerzy to przygotują, ale jeśli nie zadamy sobie trudu oceny, tylko wyląduje to w spamie, wtedy ta wiedza jest płytka. Myślę o Aleksandarze Vukoviciu. Legia go miała tyle lat u siebie i wydawało się naturalnym, że kiedyś zostanie jej trenerem. I tak się stało. Tyle, że Dariusz Mioduski dając mu tak odpowiedzialną funkcję nie wie, jaki to jest trener. Wcześniej nie prowadził żadnego zespołu. Nie dostał drużyny CLJ Legii, nie dostał rezerw, jak Jacek Magiera. Nie dziwi to pana? JACEK BEDNARZ: Dziwi. Mam bardzo dobre zdanie o Aco, ale według mnie to jeszcze nie jest trener. Jak każdy trener musi popełnić błędy, a on dostał tak eksponowane stanowisko, gdzie wszystko jest pod lupą. JACEK BEDNARZ: Lubię Aco i niewykluczone, że to jest przyszły bardzo dobry trener. Na pewno dla niego Legia jest czymś więcej niż zwykłą pracą, tego nie można mu odebrać. Natomiast pytanie jest takie, czy on tym sobie nie zrobił krzywdy. Jego ta praca niesamowicie dużo kosztuje, wszyscy go krytykują. Według mnie źle zaczął pracę, od tej wypowiedzi w mediach. Mówi pan o konferencji po ostatnim meczu sezonu? JACEK BEDNARZ: No tak. Tam emocje aż buzują, to widać po nim. JACEK BEDNARZ: To mnie nie dziwi. On ma prawo tak reagować, natomiast klub musi nad tym panować i dać mu kogoś do pomocy. Żeby dając upust emocjom nie wystawiał się i nie komplikował sobie pracy. Końcówka sezonu pokazała, że mistrzostwo mu się wymknęło. Nie był w stanie go zdobyć, dlatego, że jemu jako trenerowi zabrakło u chłopaków autorytetu. Nie widzieli kogoś, kto tę cytrynę jeszcze ściśnie i doda impulsu. Aco przerzucił winę na część zespołu, wypowiadając te słynne słowa na konferencji. Według mnie Legii nie zabrakło determinacji i zaangażowania, żeby zdobyć mistrzostwo. A czego? JACEK BEDNARZ: Pomysłu i czysto sportowych aspektów, których trener nie potrafił wydobyć. Samym potencjałem, choćby najlepszym, nie wygrywa się meczów. Trzeba go jeszcze sprzedać na boisku. Na samym końcu porównujemy piłkarzy. Ten z dużo lepszym potencjałem, ale dwoma golami jest gorszy niż facet, który strzelił 10 goli, ale ma mniejszy potencjał. To się liczy, wybór tych ludzi. Moim zdaniem w Legii to się nie udało i nadal się nie udaje. Miała być jakaś rewolucja, o tym słyszeliśmy, ale to nie jest żadna rewolucja. Nie ma też rewolucyjnej zmiany w grze Legii w porównaniu do końcówki sezonu. Jest trochę spokojniej, bo przy linii biega emocjonalny trener, a nie szalony, jak Ricardo Sa Pinto. On był szkodnikiem, szkodził sobie. I również drużynie. JACEK BEDNARZ: Teraz w Legii są zawodnicy, którzy jak na nasze warunki dużo potrafią, ale piłka nie sprawia im radości, nie cieszy. Próbują improwizować, czasem zrobić coś, co wytrenowali. Ani jedno, ani drugie nie porywa. Zastanawia mnie, czy w Legii mają warianty dotyczące wyboru trenera. Już pomijając to, czy Vuković będzie pracował cztery miesiące czy cztery lata. Czy trenerzy są wybierani według jakichś kryteriów? Zakładam, że Legii mogłyby być takie: zespół tego trenera ma grać widowiskowo, bo kibice Legii są wymagający, musi radzić sobie z atakiem pozycyjnym, bo taka gra czeka Legię w lidze i potrafi wprowadzać młodzież, bo klub stawia na akademię. Patrząc na ostatnie wybory trenerów Legii, to jest miotanie się i nie widać tam żadnej spójnej myśli. JACEK BEDNARZ: Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, ono jest skierowane do władz Legii. Z punktu widzenia kogoś, kto patrzy z boku, to Legia działa po omacku. Duży kontrast do tego, co robią w Poznaniu, gdzie pracę zaczął Żuraw. Nie ma reguły, bo wcześniej nie sprawdził się przygotowywany Ivan Djurdjević. Ale w Lechu starają się minimalizować ryzyko. Teraz wiedzieli, jakim trenerem jest Dariusz Żuraw, bo pracował w ich rezerwach. JACEK BEDNARZ: Sprawdzili go. To jest coś, co różni oba kluby. W Poznaniu postawili wcześniej na wielkie nazwisko i uznanego trenera, ale to nie wypaliło. Poszli w wariant pracy organicznej. Wybrali kogoś, o kim wiedzą, że potrafi ją wykonać, wejść do drużyny i nawiązać relacje z zawodnikami. Wyjaśnić im, czego chce. Jest z tego środowiska, drużyna go kupuje. Władze nie wywierają presji i spokojnie czekają na efekty pracy. Jeśli wynikną z tego pozytywy, to autorytet trenera będzie rósł, a oni będą go wspierać. Swego czasu słyszałem, że w Polsce nie ma trenera, który jest w stanie poprowadzić drużynę na takim poziomie, żeby mogła rywalizować z najlepszymi w Europie. Nie wierzę w to. Choć wielu trenerów – również tych z najwyższej półki – ma strukturę myślenia jeszcze z tamtej epoki, trochę z obecnej i czasem to widać. Co ma pan na myśli? JACEK BEDNARZ: Preferują futbol zachowawczy. Reaktywny. JACEK BEDNARZ: Reagują na to, co się dzieje, a nie chcą sami czegoś narzucić, wymyślić. A trener odpowie, że dlaczego ma ryzykować, skoro za trzy miesiące może go nie być. Chybotliwe są trenerskie stołki w ekstraklasie. JACEK BEDNARZ: Ja tylko stwierdzam fakt. Bardzo trudno też kogoś przekonać do tego, żeby zaryzykował i postawił na młodość. A do drużyny trzeba czasem wprowadzić element powodujący, że zmusimy zawodników do innych zachowań. Do tego przydaje się ktoś z zewnątrz, kto nie kalkuluje. Taki najczęściej jest młody zawodnik. Nie godzi się z byciem rezerwowym, ma aspiracje. Oczywiście, jeśli go dobrze wybierzemy. Generalnie polski klub powinien budować zespół w oparciu o wychowanków i po części transfery zewnętrzne. Jego celem niech będzie bezpieczny byt w lidze, zbudowanie czegoś większego, czyli miejsca w pucharach i pieniądze z transferów młodych zawodników, bo jest widoczna koniunktura na nich. Typowa strategia, którą można przykleić prawie do każdego naszego klubu. Czyli jakaś strategia jest! JACEK BEDNARZ: Gdyby zrobił pan ankietę wśród prezesów, to większość z nich tak odpowie. Wymyślenie tego nie wymaga wiele inwencji. Bo wcale nie chodzi o to, żeby było oryginalne. Natomiast bardzo trudne jest wprowadzenie tego banalnego stwierdzenia w życie. Cierpliwość to też deficyt w polskiej piłce? JACEK BEDNARZ: Gdyby można było ją kupić, to wśród prezesów klubów powstałaby bardzo duża kolejka. I wielu powinno za nią sporo zapłacić. Wiem, że to trąci komunałem, ale trzeba być cierpliwym i wierzyć w coś, co jest oczywiste. No trąci. JACEK BEDNARZ: Bo ciągle powtarzane pewnie takim jest. Jednak dobry pomysł i konsekwentna realizacja w codziennej pracy musi dać pozytywny efekt. Pod warunkiem, że tak rzeczywiście robimy. Nie wystarczy gadać. Jeśli zapytamy kogoś, to przyzna, że do tego dąży. Natomiast w praktyce różnie z tym bywa. I to powoduje, że do tej Europy nie możemy wejść. Strony 1 Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź 1 2014-11-09 01:33:25 Ostatnio edytowany przez ŻonaAstronauty (2014-11-09 01:34:25) ŻonaAstronauty Niewinne początki Nieaktywny Zarejestrowany: 2014-11-09 Posty: 5 Temat: osobne wyjście z klubu Cześć, chciałam na szybko opisać dzisiejszą sytuację i żebyście powiedziały, czy słusznie jestem zdenerwowana na mojego ze znajomymi w klubie, mój chłopak i oni że tak powiem miejscowi - z miasta, a tylko ja przyjezdna. Z tego względu że mój facet nie zapewnił mi żadnego transportu do domu, dogadałam się z moim tatą, że po mnie wyjedzie max o bo wiadomo, on tez chce się wyspać a ja już dość często go 'wykorzystuje' w taki sposób, żeby mnie gdzieś zawiózł itp. Wcześniej dogadałam się z chłopakiem, że będziemy wracać o takiej właśnie porze (zgodził się i powiedział że nie ma problemu), po prostu rozejdziemy sie, ale chodziło o to, żeby wyjść razem z klubu, w końcu nie chodzimy ze sobą od miesiąca, coś tam powoli myślimy o ślubie wiec nie wyobrażam sobie że wychodze najpierw ja bo muszę, bo tato czeka juz w samochodzie, a mój facet zostaje. Tak wlasnie się stało - wyszedł tylko mnie podprowadzić i wrócił do środka, bo czegos tam nie wypił, bo gry w bilard nie skończył itd. Oczywiście 100 tłumaczeń, że nie wiedział że juz dochodzi że nie pasuje tak uciekac(!) mimo, że to on miał zegarek na ręce a ja co jakis czas pytałam która godzina, wiec to nie jest tak ze sie zapomniał czy ze zegarka nie miał... Jestem o to zła. Kiedys juz się to zdarzyło, niby razem na pizzy ze znajomymi, ja juz musze isc na ostatni autobus a facet zostaje, jednak wtedy na mnie to tak nie podziałało, bo bylismy krótko razem ale teraz, po ponad 6 latach wyobrażam sobie to troche inaczej... Razem przychodzimy, razem wychodzimy, raz można dłużej posiedziec ale akurat jak ja nie mam innej opcji i musze juz wyjsc to on robi co chce... Poza tym czuje sie za to wszystko odpowiedzialna, gdyby nie ja, zasiedzielibyśmy sie pewnie do północy, a potem by było 'ups' z jego strony... Jak mówię, że ja już się bedę zbierać, znajomi wiadomo, pytają czemu już czemu tak szybko to i mój chłopak robi maslane oczy i pyta 'może jeszcze chwile' zamiast mi przytaknąć 'o rzeczywiscie, ty masz zaraz transport, musimy juz spadac'.. 2 Odpowiedź przez Emilia 2014-11-09 01:36:28 Emilia 100% Netkobieta Nieaktywny Zarejestrowany: 2007-08-27 Posty: 3,988 Odp: osobne wyjście z klubuTy mu nie ufasz. Inaczej nie robiłabyś z tego problemu. Czy twój partner jest do ciebie przyklejony? Dlaczego nie dajesz mu prawa do samodzielnego podejmowania decyzji, chociażby w tak błahej sprawie, jak zostanie dłużej na imprezie. Uważasz, że skoro ty zdecydowałaś za siebie, to on musi się podporządkować? We wszystkich sprawach jesteś tak zaborcza, czy tylko w tym chodzeniu do klubu? 3 Odpowiedź przez ŻonaAstronauty 2014-11-09 01:38:34 Ostatnio edytowany przez ŻonaAstronauty (2014-11-09 11:27:17) ŻonaAstronauty Niewinne początki Nieaktywny Zarejestrowany: 2014-11-09 Posty: 5 Odp: osobne wyjście z klubu Emilia napisał/a:Ty mu nie ufasz. Inaczej nie robiłabyś z tego problemu. Czy twój partner jest do ciebie przyklejony? Dlaczego nie dajesz mu prawa do samodzielnego podejmowania decyzji, chociażby w tak błahej sprawie, jak zostanie dłużej na imprezie. Uważasz, że skoro ty zdecydowałaś za siebie, to on musi się podporządkować? We wszystkich sprawach jesteś tak zaborcza, czy tylko w tym chodzeniu do klubu?Uważasz, że jeśli najpierw umawiam sie z facetem na wspólny powrót o a potem on mnie olewa to jest zaborczość? 4 Odpowiedź przez Czarna Kotka 2014-11-09 12:27:59 Czarna Kotka Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2013-05-18 Posty: 1,813 Odp: osobne wyjście z klubu Że się umawialiście na coś, a potem on warunków umowy nie dotrzymał - nie w to jest zupełnie oddzielna kwestia od wymagania od niego żeby kończył wieczór razem z właściwie stoi na przeszkodzie, że on w tym klubie zostanie sam dłużej?Ty musisz iść do domu, to on też musi? W klubie nie może sam zostać, bo co, bo się będzie bawił zapałkami, albo włoży palec do kontaktu? Zapatrzy się za bardzo na biuściastą koleżankę może? Traktujesz go jak dziecko, a on pozwala traktować się jak dziecko, zamiast powiedzieć że ma ochotę zostać dłużej i zostanie, bo nic złego nie robi, to składa obietnice, których potem nie oboje. Czarna Kotka:No łamali granice przekraczający ja oszukani i często zmuszani do tego ludzie. Rozumiem że to spokojnie usprawiedliwia wypieprzanie ludzi, w tym kobiet i dzieci na bagna i niech tam zdychają, byle po Mniej więcej tak. 5 Odpowiedź przez vinnga 2014-11-09 12:58:03 vinnga 100% Netkobieta Nieaktywny Zarejestrowany: 2010-01-19 Posty: 17,298 Odp: osobne wyjście z klubu ŻonaAstronauty napisał/a:Uważasz, że jeśli najpierw umawiam sie z facetem na wspólny powrót o a potem on mnie olewa to jest zaborczość?A dlaczego UMAWIASZ na wspólny powrót? Bo Tobie się wydaje, że jak jesteście parą to trzeba razem wyjść. Tyle, że to nie jest odgórny przykaz i Twój chłopak może nie uważać tego za równie oczywiste jak Ty. Ja osobiście również uważam to za głupie. Byliście tam ze wspólnymi znajomymi, TY musiałaś wracać, on nie musiał. Czemu on ma rezygnować z przyjemnego wieczoru, bo TY musisz wracać?Ty nie możesz dłużej zostać, więc on też ma kończyć zabawę... Dziwne podejście. 6 Odpowiedź przez ŻonaAstronauty 2014-11-09 13:16:05 ŻonaAstronauty Niewinne początki Nieaktywny Zarejestrowany: 2014-11-09 Posty: 5 Odp: osobne wyjście z klubu vinnga napisał/a:ŻonaAstronauty napisał/a:Uważasz, że jeśli najpierw umawiam sie z facetem na wspólny powrót o a potem on mnie olewa to jest zaborczość?A dlaczego UMAWIASZ na wspólny powrót? Bo Tobie się wydaje, że jak jesteście parą to trzeba razem wyjść. Tyle, że to nie jest odgórny przykaz i Twój chłopak może nie uważać tego za równie oczywiste jak Ty. Ja osobiście również uważam to za głupie. Byliście tam ze wspólnymi znajomymi, TY musiałaś wracać, on nie musiał. Czemu on ma rezygnować z przyjemnego wieczoru, bo TY musisz wracać?Ty nie możesz dłużej zostać, więc on też ma kończyć zabawę... Dziwne byli parą osiemnastolatków, która leci na miasto na clubbing to ok, ale my umawiaLIŚMY z narzeczonym na wspólne wyjście, bo uważam że w naszym wieku +/- 30 lat już tak wypada. Przyjść i wyjść razem. Tak jak zwykle to robią nasi znajomi, rodzice kiedy gdzieś wychodzą, będzie kiedyś po ślubie? Będę miała bolesny okres albo na drugi dzień będę musiała rano wstać nie wiem, do pracy czy coś takiego, to mąż powie 'nie dopiłem piwa, jak chcesz to idź, ja potem dojde' ?? Wiadomo, że czasem można posiedzieć dłużej, my też często się zasiedzimy gdzieś dłuzej, nie jestem żadną sztywniarą, ale jeśli akurat w ten wieczór nie mam innej możliwości powrotu do domu to dlaczego to jest takie dziwne i straszne, pewnie od razu jestem bluszczem, egoistką, albo jeszcze gorzej..To nie byłą jakaś wielka impreza, byliśmy w 4 osoby tylko, dwie pary, my + znajomi. I nie, nie jestem zazdrosna o biuściate panie, to juz raczej nie ten etap 7 Odpowiedź przez Iceni 2014-11-09 13:36:53 Iceni Gość Netkobiet Odp: osobne wyjście z klubu Nie rozumiem - twoj facet zawsze cie olewa, czy raz na jakis czas zdarza mu sie zmienic zdanie i ma ochote zostac dluzej niz planowaliscie, a ty od razu robisz z tego afere?Masz 30 lat i tatus po ciebie przyjezdza? Nastepnym razem zamow taksowke i baw sie do konca... albo nie pij i pozycz samochod od ojca. 8 Odpowiedź przez Majki 2014-11-09 13:37:39 Majki Net-Facet Nieaktywny Zarejestrowany: 2014-03-15 Posty: 1,471 Wiek: 29 Odp: osobne wyjście z klubu ŻonaAstronauty napisał/a:jeśli akurat w ten wieczór nie mam innej możliwości powrotu do domu to dlaczego to jest takie dziwne i straszneAle przecież tata Cie odwoził do domu, a nie narzeczony więc nie wiem z czym masz problem, że został. Przecież i tak by każde z Was poszło w swoją strone. Inna sprawa jak byś sie umówiła z narzeczonym, że o tej i o tej Cie odwozi, a on to olał i został, wtedy bym zrozumiał. I argument, że w tym wieku nie wypada to żaden argument 9 Odpowiedź przez ŻonaAstronauty 2014-11-09 13:43:38 ŻonaAstronauty Niewinne początki Nieaktywny Zarejestrowany: 2014-11-09 Posty: 5 Odp: osobne wyjście z klubu Iceni napisał/a:Nie rozumiem - twoj facet zawsze cie olewa, czy raz na jakis czas zdarza mu sie zmienic zdanie i ma ochote zostac dluzej niz planowaliscie, a ty od razu robisz z tego afere?Masz 30 lat i tatus po ciebie przyjezdza? Nastepnym razem zamow taksowke i baw sie do konca... albo nie pij i pozycz samochod od co w tym złego że tato po mnie przyjeżdża? Bo teraz ja nie rozumiem ciebie. W ogóle co to za ironia? "Tatuś"? Nie wiem, może ty ojca nie masz w ogóle albo się z nim nie dogadujesz, ale to nie znaczy, że wszyscy mają tak jak sorry, chamstwo za nie zamówię bo nie ma taxi w mieście, nie funkcjonuje tu takie coś, wiem - lekkie zacofanie, ale ja nic na to nie poradzę, po prostu małe nie mam prawka wiec samochodu nie pożyczę. 10 Odpowiedź przez Teo 2014-11-09 13:49:01 Teo Gość Netkobiet Odp: osobne wyjście z klubu ŻonaAstronauty napisał/a:vinnga napisał/a:ŻonaAstronauty napisał/a:Uważasz, że jeśli najpierw umawiam sie z facetem na wspólny powrót o a potem on mnie olewa to jest zaborczość?A dlaczego UMAWIASZ na wspólny powrót? Bo Tobie się wydaje, że jak jesteście parą to trzeba razem wyjść. Tyle, że to nie jest odgórny przykaz i Twój chłopak może nie uważać tego za równie oczywiste jak Ty. Ja osobiście również uważam to za głupie. Byliście tam ze wspólnymi znajomymi, TY musiałaś wracać, on nie musiał. Czemu on ma rezygnować z przyjemnego wieczoru, bo TY musisz wracać?Ty nie możesz dłużej zostać, więc on też ma kończyć zabawę... Dziwne byli parą osiemnastolatków, która leci na miasto na clubbing to ok, ale my umawiaLIŚMY z narzeczonym na wspólne wyjście, bo uważam że w naszym wieku +/- 30 lat już tak wypada. Przyjść i wyjść razem. Tak jak zwykle to robią nasi znajomi, rodzice kiedy gdzieś wychodzą, będzie kiedyś po ślubie? Będę miała bolesny okres albo na drugi dzień będę musiała rano wstać nie wiem, do pracy czy coś takiego, to mąż powie 'nie dopiłem piwa, jak chcesz to idź, ja potem dojde' ?? Wiadomo, że czasem można posiedzieć dłużej, my też często się zasiedzimy gdzieś dłuzej, nie jestem żadną sztywniarą, ale jeśli akurat w ten wieczór nie mam innej możliwości powrotu do domu to dlaczego to jest takie dziwne i straszne, pewnie od razu jestem bluszczem, egoistką, albo jeszcze gorzej..To nie byłą jakaś wielka impreza, byliśmy w 4 osoby tylko, dwie pary, my + znajomi. I nie, nie jestem zazdrosna o biuściate panie, to juz raczej nie ten etap Prawie 30 letnia baba i męczy tatusia, żeby po nią do klubu przyjechał?! Myślałam, że macie najwyżej po 19 lat... Dziewczyno, podobno dorosła jesteś to się ogarnij i zacznij się tak zachowywać. Masz gimnazjalne pretensje do faceta, bo Ty musiałaś do domku wracać...Jak będziesz miała bolesny okres, albo będziesz musiała rano wstać, to zostaniesz w domu, ale to NIE oznacza, że Twój facet ma przy Tobie warować, bo Tobie coś dolega i to coś, co nie zagraża życiu ani że Ty sobie nie umiałaś zorganizować lepszego powrotu do domu niż o 22 to nie oznacza, że Twój chłopak też ma o tej godzinie kończyć zabawę, bo u Ciebie logistyka utyka... I tak, jesteś egoistką, bo uważasz, że jak Ty się dłużej nie możesz bawić, to on TEŻ nie lat i do 22 w klubie i wiadro pretensji do faceta, bo on mógł, a Ty nie... żal... 11 Odpowiedź przez vinnga 2014-11-09 13:52:40 vinnga 100% Netkobieta Nieaktywny Zarejestrowany: 2010-01-19 Posty: 17,298 Odp: osobne wyjście z klubu Zamierzasz kierować się w życiu metodą "wypada/nie wypada"? Wasi rodzice tak robią - ok, rozumiem. Ale poddałaś kiedyś analizie to zachowanie? Czy ma ono jakieś racjonalne uzasadnienie? Czy ono jest jakoś niezbędne dla relacji? Czy coś się strasznego stanie jeśli jednak para czasami nie wyjdzie razem? Robisz awanturę, bo Twój facet drugi raz w ciągu 6 lat wolał spędzić czas ze znajomymi zamiast siedzieć sam w domu. Przecież wy nawet nie mieszkacie razem, więc po wyjściu z klubu i tak spędzaliście wieczór oddzielnie! Dlaczego więc takie ważne jest to, żeby on ten wieczór spędził tam gdzie Ty mu zaplanowałaś? 12 Odpowiedź przez ŻonaAstronauty 2014-11-09 13:54:22 ŻonaAstronauty Niewinne początki Nieaktywny Zarejestrowany: 2014-11-09 Posty: 5 Odp: osobne wyjście z klubu vinnga napisał/a:Zamierzasz kierować się w życiu metodą "wypada/nie wypada"? Wasi rodzice tak robią - ok, rozumiem. Ale poddałaś kiedyś analizie to zachowanie? Czy ma ono jakieś racjonalne uzasadnienie? Czy ono jest jakoś niezbędne dla relacji? Czy coś się strasznego stanie jeśli jednak para czasami nie wyjdzie razem? Robisz awanturę, bo Twój facet drugi raz w ciągu 6 lat wolał spędzić czas ze znajomymi zamiast siedzieć sam w domu. Przecież wy nawet nie mieszkacie razem, więc po wyjściu z klubu i tak spędzaliście wieczór oddzielnie! Dlaczego więc takie ważne jest to, żeby on ten wieczór spędził tam gdzie Ty mu zaplanowałaś?Owszem, mieszkamy razem juz od paru lat, ale obecnie przyjechalismy kazde do swoich rodzicow. 13 Odpowiedź przez vinnga 2014-11-09 13:55:34 vinnga 100% Netkobieta Nieaktywny Zarejestrowany: 2010-01-19 Posty: 17,298 Odp: osobne wyjście z klubu ŻonaAstronauty napisał/a:Owszem, mieszkamy razem juz od paru lat, ale obecnie przyjechalismy kazde do swoich tego wieczoru nie wracaliście do jednego domu, więc sens mojej wypowiedzi się nie zmienia. 14 Odpowiedź przez Teo 2014-11-09 14:02:07 Teo Gość Netkobiet Odp: osobne wyjście z klubu ŻonaAstronauty napisał/a:vinnga napisał/a:Zamierzasz kierować się w życiu metodą "wypada/nie wypada"? Wasi rodzice tak robią - ok, rozumiem. Ale poddałaś kiedyś analizie to zachowanie? Czy ma ono jakieś racjonalne uzasadnienie? Czy ono jest jakoś niezbędne dla relacji? Czy coś się strasznego stanie jeśli jednak para czasami nie wyjdzie razem? Robisz awanturę, bo Twój facet drugi raz w ciągu 6 lat wolał spędzić czas ze znajomymi zamiast siedzieć sam w domu. Przecież wy nawet nie mieszkacie razem, więc po wyjściu z klubu i tak spędzaliście wieczór oddzielnie! Dlaczego więc takie ważne jest to, żeby on ten wieczór spędził tam gdzie Ty mu zaplanowałaś?Owszem, mieszkamy razem juz od paru lat, ale obecnie przyjechalismy kazde do swoich awanturę o nic i stwarzasz sobie problemy. Chyba Ci się nudzi... 15 Odpowiedź przez Cyngli 2014-11-10 09:50:16 Cyngli Gość Netkobiet Odp: osobne wyjście z klubu A ja jestem mężatką i zdarza się, że mąż czasem dłużej u znajomych zostanie, albo na traktuję go jak swoją własność, ma ochotę, to zostaje, nie ma, to wraca ze mną do pora zrobić prawko? 16 Odpowiedź przez cisowianka 2014-11-10 10:10:11 cisowianka Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2010-12-28 Posty: 5,224 Wiek: 25 Odp: osobne wyjście z klubu No to i ja się wypowiem My zwykle z narzeczonym razem wracamy jeśli razem wychodzimy na jakas imprezkę. I zwykle to on organizuje powrot do zdarza mu sie wyjsc beze mnie do swoich kolegów i cos tam wypić. Nie robie z tego problemu. Tak samo jak ja ide do swoich koleżanek na jakieś winko jeśli wychodzimy osobno mamy kontakt telefoniczny - zwyczajnie żeby sie nie martwic o druga razem wchodzimy na impreze to i razem wychodzimy (są wyjątki ze któreś z nas zostaje, chyba zdarzyło sie tak z 2 razy)Po za tym ktora impreza kończy sie o 22 godzinie ? Hm. W tedy dopiero sie rozkręca, skoro tak wczesnie chciałaś sie zmyć z imprezy trzeba bylo jednak zostać w domu. 17 Odpowiedź przez krzysiek95 2014-11-10 10:17:18 krzysiek95 Net-facet Nieaktywny Zarejestrowany: 2014-09-14 Posty: 378 Wiek: lepiej nie bo przestaną traktować serio Odp: osobne wyjście z klubu Autorkę raczej boli to że facet został w klubie a miał wyjść skończyć zabawe. Tu raczej kwestia (nie)dotrzymywania słowa się kłania. Moim zdaniem jedynym rozwiązaniem jest szczera rozmowa z partnerem na ten temat (najlepiej w 4 oczy) i nic więcej. Ps: Nie wiem jak wy ale ja tam nic nie wyczytałem o robieniu komuś awantury tylko pytanie o to czy jest słusznie zła 18 Odpowiedź przez Eileen 2014-11-10 10:26:36 Eileen 100% Netkobieta Nieaktywny Zarejestrowany: 2012-11-14 Posty: 2,838 Wiek: 23 Odp: osobne wyjście z klubu A moim zdaniem nie chodzi o dotrzymanie słowa, bo najwięcej autorka pisze o tym, że "ja musiałam wracać, a on został". Dla mnie też to bez sensu, nie wolno mu spędzić czasu bez Ciebie? Tysiąc razy mówiłam ludziom, że jestem miła. Krzyczałam, groziłam, biłam... Bez skutku. Nikt mi nie wierzy. 19 Odpowiedź przez igla16 2014-11-10 15:39:06 igla16 Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2010-11-11 Posty: 957 Wiek: 28... jeszcze ;-) Odp: osobne wyjście z klubu W sumie to chciałabym mieć takie problemy... ;-)Z jednej strony całkowicie rozumiem rozgoryczenie autorki - w końcu na coś tam się umówili i chciałaby, żeby facet słowa dotrzymał. Ale z drugiej, faktycznie trochę to zalatuje zaklejeniem do siebie chłopa. Autorko, będąc u "siebie", przy imprezie, też masz problem, żeby facet dłużej został na imprezce? Bo nie wypada wracać oddzielnie? 'I can feel the magic floating in the airBeing with you gets me that way...' 20 Odpowiedź przez vinnga 2014-11-10 15:46:04 vinnga 100% Netkobieta Nieaktywny Zarejestrowany: 2010-01-19 Posty: 17,298 Odp: osobne wyjście z klubu Dotrzymywanie słowa, łamanie obietnic, blablabla...Żeby złamać jakąś obietnicę to trzeba coś obiecać. Ponieważ w tym związku zazwyczaj wychodzą razem - podejrzewam, że autorka po prostu zakomunikowała chłopakowi coś w stylu: "wychodzimy o 22, bo mój tata przyjeżdża". On rutynowo skinął główką. Dobrze się bawił, więc zmienił plany odnośnie godziny powrotu. To jednak coś innego niż "niedotrzymanie słowa". Nie sądzę, żeby składali sobie obietnice, ze "zawsze, do grobowej deski, będziemy razem wychodzić ze wszystkich miejsc publicznych"... 21 Odpowiedź przez igla16 2014-11-10 15:49:15 Ostatnio edytowany przez igla16 (2014-11-10 15:51:06) igla16 Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2010-11-11 Posty: 957 Wiek: 28... jeszcze ;-) Odp: osobne wyjście z klubu vinnga napisał/a:Dotrzymywanie słowa, łamanie obietnic, blablabla...Żeby złamać jakąś obietnicę to trzeba coś obiecać. Ponieważ w tym związku zazwyczaj wychodzą razem - podejrzewam, że autorka po prostu zakomunikowała chłopakowi coś w stylu: "wychodzimy o 22, bo mój tata przyjeżdża". On rutynowo skinął główką. Dobrze się bawił, więc zmienił plany odnośnie godziny powrotu. To jednak coś innego niż "niedotrzymanie słowa". Nie sądzę, żeby składali sobie obietnice, ze "zawsze, do grobowej deski, będziemy razem wychodzić ze wszystkich miejsc publicznych"...Tak to dla mnie zabrzmiało, skoro autorka napisała, że facet zgodził się na taki układ, czyli wyjście o tej konkretnej godzinie. ;-)A że po 30 letnią babę musi tatuś przyjechać, to już inna sprawa. Tak samo zresztą ból pośladków o to, że chłopak fajnie się bawił i nie bardzo miał ochotę wracać o 22, bo dziewczyna musi wracać. 'I can feel the magic floating in the airBeing with you gets me that way...' Strony 1 Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź To chciałbym zobaczyć tego gościa, co złamał cała rękę w przedramieniu i nic sobie z tego nie robił xp. @wierzbolas: Nie to, że nic nie robił tylko zwyczajnie nie czuł, że jest złamana. Notabene gość boksował. Potem mówił, że ból poczuł dopiero w momencie jak spojrzał na swoją rękę wygiętą w drugą stronę. Chyba, że masz na myśli pęknięcie, ale już złamania @wierzbolas: Mam na myśli złamanie. i to trzeba byc naprutym fes @wierzbolas: No widocznie nie trzeba. (tego nie miałem, ale w sportach czasem się zdarza i nikt dalej nie walczy czy jedzie dalej xp) @wierzbolas: Bo od tego jest trener by to przerwać. że nie zawsze szybko się konczą @wierzbolas: Ja nie twierdzę, że zawsze się szybko kończą. Twierdze tylko, że złamanie nie zawsze oznacza natychmiastową przegraną.

facet sam w klubie